Osoby, które w dzieciństwie doświadczyły silnego braku w zaspokojeniu swoich potrzeb, mają często tendencję do szukania tego zaspokojenia na zewnątrz – niczym dziecko, goniące wciąż za „rodzicem, który powinien dać”. Zamiast wytworzyć w sobie naturalny odruch do traktowania siebie jako główne źródło wszelkiego zaspokojenia (nawet jeśli dostaję coś od innych, to JA sobie to daję, poprzez odpowiednie działania, wewnętrzną otwartość, umiejętność przyjmowania, inicjatywę, itp. itd. – czyli mam świadomość bycia głównym rdzeniem tego, co doświadczam), to niestety utykamy w ograniczonej świadomości dziecka, które postrzega siebie jako niesamodzielny, zależny od innych byt.

I tutaj pojawia się bardzo często taki pułapkowy motyw. Skoro dla dziecka szukanie zaspokojenia u mamy i taty jest czymś właściwym i naturalnym, a my na pewnym poziomie utykamy właśnie w tym punkcie, to bardzo łatwo nam wejść w przekonanie, że przenoszenie tego podejścia na nasze dorosłe życie jest jak najbardziej słuszne. Niekoniecznie gonimy już konkretnie za rodzicami, ale oczekujemy ogólnie od ludzi w naszym otoczeniu, że pochylą się nad naszymi potrzebami z troską i zaangażowaniem kochającego rodzica, którego nigdy nie było w naszym życiu, a którego tak potrzebowaliśmy. A to oczywiście prowadzi do nieuniknionych rozczarowań i frustracji, bo z jakiegoś powodu okazuje się, że nasze otoczenie nie poczuwa się do roli rodzica dla głodnego i niesamodzielnego dziecka, mając swoje własne życia, sprawy i problemy.

Co równie istotne – nam się często będzie wydawać, że skoro byliśmy tak bardzo skrzywdzeni naszym dzieciństwem to nam się należy uwzględnienie tego jacy byliśmy biedni, ale tu znów okazuje się, że nikogo to nie interesuje na tyle, aby nam tworzyć specjalne traktowanie i taryfę ulgową. No chyba, że trafimy na kogoś, kto ma wzorce misjonarstwa i ratowania uciśnionych przez los, ale to tworzy niezdrową dynamikę dla obojga, która tylko pogłębia niezdrowe schematy. W dłuższej perspektywie wszyscy na tym tracą. Misjonarz rezygnuje z siebie, zaniedbując swoje prawdziwe potrzeby, a z kolei „ratowany”, wcale ratowany nie jest, a wręcz przeciwnie – wzmacnia się tylko jego wzorzec zależności od zewnętrznych sił i przekonanie, że słusznym jest szukać zaspokojenia na zewnątrz, zamiast zadbać o wewnętrzną równowagę.

Właśnie dlatego bardzo ważne jest to, aby sobie uświadomić, że ciągłe gonienie za zewnętrznym zaspokojeniem jest tylko i wyłącznie odruchem bezsilnego dziecka. Choć powierzchownie może się to wydawać rozsądne (w końcu sięganie po zasoby na zewnątrz samo w sobie nie jest niczym złym, a w wielu przypadkach wręcz jest wskazane) to trzeba jednak zwrócić uwagę na fundament tych działań, na intencje i emocje jakie za tym stoją. Energia jaka za tym idzie, w tym wypadku będzie wysyłać informacje tego typu: „jestem niesamodzielny, zależny, potrzebujący, trzeba się mną zająć, mam oczekiwania i roszczenia, potrzebuję DUŻO, to co dla mnie masz to zdecydowanie za mało, chcę od ciebie więcej, itp. itd.”. Zdecydowanie nie jest to klimat, który by zachęcał, ponieważ już na pierwszy rzut oka pachnie ciężarem, który na ogół ponoszą rodzice przy własnych dzieciach, ale z tą drobną różnicą, że to nawet nie będzie nasze dziecko. Zachęceni za to (oprócz misjonarzy) mogą się poczuć wszelkiego rodzaju toksycy i manipulatorzy, którzy dostrzegą w tym podatny grunt dla ich gierek i kombinacji (często sprzedając nam iluzoryczną wizję zaspokojenia w zamian za to, że będziemy dla nich rezygnować z lojalności wobec samych siebie)

To, czego nam trzeba to budowanie odruchów do wewnątrz. Zauważenie, że to my sami możemy być dla siebie źródłem budujących działań, inicjatyw, pomysłów i wszelkich innych ruchów, które prowadzą do zaspokojenia – jak najbardziej również przy udziale zewnętrznych sił, ale już budowanych jako przedłużenie naszej własnej, świadomej inicjatywy. Nawet gdy dostajemy coś od drugiego człowieka, to już nie jako bezbronne dziecko, ale dojrzały dorosły, który dobrze wie co i z kim robi.

A efekty takich działań są znacznie lepsze, gdy nie są budowane na braku, bezsilności czy żalu. Znacznie „wdzięczniejszym” fundamentem jest miłość do siebie. Zawsze i w każdym temacie :)

Komentarze są zamknięte.