Każdy z nas doświadczył w swoim życiu różnych większych problemów i trudności. I zapewne większość z was kojarzy takie problemy, które rozwiązywały się stosunkowo łatwo w wyniku pewnej pracy czy modlitw oraz takie, które mimo starań i błagań o pomoc, dalej nie chciały się naprawić. Nie będziemy jednak dziś mówić o tym, dlaczego tak się dzieje, ponieważ te kwestie już wiele razy były omawiane we wcześniejszych postach. Zwrócimy uwagę na nieco inną rzecz.
Dlaczego Bóg nam nie ulży w naszym cierpieniu i nie rozwiąże danego problemu, gdy o to prosimy, tylko dlatego że mamy jakieś tam swoje ograniczenia czy inne rzeczy, które nas w tym blokują? Czasami co prawda to się dzieje, że mimo naszego zamknięcia coś się uzdrowi i poprawi, ale czasami nie. W czym rzecz?
Otóż w tym wszystkim, oprócz naszej woli (może czegoś bardzo nie chcemy przyjąć, tylko nie jesteśmy tego w pełni świadomi) jest istotny jeszcze jeden czynnik. Bóg nie chce nam przesłaniać nas samych. On jest mądrym rodzicem, który ma świadomość, że robienie wszystkiego za nas, tylko by nas upośledzało, odzierając nas z naszej własnej sprawczości i mocy.
To jest ważne, abyśmy w pewnym stopniu mierzyli się sami z naszymi trudnościami i wyzwaniami życiowymi. Korzystanie z pomocy i różnych form wsparcia jest jak najbardziej słuszne i wskazane, ale w tym wszystkim musi też być nasza własna inicjatywa i sprawczość. Każdy z nas ma w sobie niesamowitą moc miłości, która potrafi sprawiać cuda, ale jeśli to się ma wydarzyć – musimy dać przestrzeń tej miłości. Nie możemy stawiać się w pozycji bezradnych, pozbawionych mocy istotek, które same z siebie nie mogą nic. To nas wpędza w niezdrowe zależności i uwiązania albo rozpacz i depresję.
Czasami jest tak, że Bóg celowo nie ingeruje w pewne rzeczy, ponieważ najkorzystniejszym scenariuszem jest ten, w którym sięgamy po swoją moc i zauważamy, że sami też dajemy radę z tym czy z tamtym. W jakiś sposób musimy odkrywać i urzeczywistniać nasz potencjał, a o to byłoby ciężko, gdyby nie pewne wyzwania czy wyciąganie nas ze strefy komfortu. Gdyby każde rozwiązanie byłoby nam podarowywane na złotej tacy, a my nie musielibyśmy nic robić ani zmieniać, aby było dobrze i wygodnie – nie mielibyśmy żadnej motywacji, aby przekraczać własne ograniczenia i sięgać głębiej po nasz potencjał.
To oczywiście nie jest też tak, że Bóg kreuje nam trudności i problemy, aby nas czegoś uczyć. Sami sobie tworzymy ich wystarczająco dużo, więc nie trzeba nam niczego dokładać :) Bóg po prostu czuwa nad nami jak mądry rodzic, pozwalając na to, abyśmy doświadczali wyzwań, które sobie generujemy czy które wynikają z naszych podatności i braków, ale jednocześnie wspiera, pilnuje i dba o nas na tyle, na ile ma to sens i na ile sami mu pozwalamy. Czasami po prostu trzeba nam pozwolić na nasze własne błędy i cierpienie, abyśmy mieli przestrzeń do oprzytomnienia i zwrócenia uwagi na to, co jest naprawdę ważne.
Nie ma co się więc gniewać na Boga, gdy czujemy się porzuceni i wydaje się nam, że on nie chce nam pomóc. A może to my sami nie chcemy czy nie potrafimy sobie pomóc? Może stawiamy się w pozycji ofiary, kogoś bezsilnego i pozbawionego pozytywnych możliwości? Może nie chcemy szczerze pokochać siebie i pozwolić sobie na to, aby nasza energia podziałała sobie właśnie z poziomu tej miłości, która ma w sobie niezwykle potężną moc?



Komentarze są zamknięte.