To jak zostało przyjęte nasze pojawianie się na tym świecie (w trakcie ciąży, po porodzie i w kolejnych latach naszego życia) ma ogromny wpływ na to, jak postrzegamy siebie w odniesieniu do reszty świata. Czy czujemy się tutaj mile widziani czy wręcz przeciwnie – jak intruzi, którzy tylko przeszkadzają?
Duże znaczenie ma już sama reakcja naszych rodziców na wieść o ciąży – pół biedy jeśli nie była planowana, ale mimo pierwszego szoku czy emocji, ostatecznie rodzice znaleźli w tym sens i radość. Znacznie gorzej, jeśli ta wpadka stałą się przyczyną długotrwałego nieszczęścia i cierpienia, szczególnie gdy emocje dotyczą matki, gdyż to z nią siłą rzeczy nienarodzone jeszcze dziecko ma największe połączenie. Łatwo sobie wyobrazić, jakie emocje może mieć kobieta wobec „obcego” organizmu, który rozwija się w jej ciele wbrew jej świadomej woli, „pasożytując” na niej, odzierając z sił i zasobów, a jednocześnie wywracając jej życie do góry nogami, wbrew jej wcześniejszym planom i założeniom.
Emocje matki w takim przypadku wysyłają dość jednoznacznie negatywne komunikaty tego typu:
* jesteś intruzem
* nie chcę cię tutaj
* zniknij
* żałuję, że się pojawiłeś
* męczy mnie twoje istnienie
* jesteś problemem
* zniszczyłeś mi życie
Sam poród może mieć bardzo różny przebieg i wszelkie problemy czy komplikacje będą generować kolejne emocje, ale najistotniejsza będzie reakcja na same narodziny, gdy poród dobiegnie końca. Tutaj mogą mieszać się sprzeczne reakcje, ale obustronnie nieprzyjemne dla dziecka. Z jednej strony jest ulga, że to w końcu koniec, ale idzie za tym informacja typu: „w końcu wylazłeś i moje ciało jest wolne od ciebie”. Z drugiej strony matka widząc i trzymając po raz pierwszy swoje dziecko, jeśli wciąż pozostaje w swojej niechęci – uświadamia sobie, że to nie był żaden koniec jej cierpienia, a dopiero początek nowego, niechcianego życia.
To pokazuje dziecku, że nie tylko nie jest tutaj mile widziane, ale również, że co by nie zrobiło, i tak będzie źle i niedobrze. Nie ważne czy rozwijało się w brzuchu mamy, czy żyje sobie na zewnątrz – i tak jest problemem, w każdej postaci. Płacząc i wyrażając swoje potrzeby, o które musi zadbać matka (bo nikt inny się tym nie zajmie) czuje się ogromnym ciężarem, ale nie ma innego wyboru – musi polegać na matce i musi ją wołać swoim płaczem, bo to jedyna możliwość przeżycia dla niego. To zaś koduje w nas bardzo głębokie poczucie winy za sam fakt istnienia i posiadania jakichkolwiek potrzeb, które mają choć minimalny wpływ na innych ludzi.
Mając takie programy w podświadomości niestety prowokujemy nasze otoczenia do przekonywania, że rzeczywiście jesteśmy upierdliwym problemem, nawet jeśli realnie nic takiego nie robimy. To nie ma żadnego znaczenia czy jesteśmy samowystarczalni, ogarnięci i bezproblemowi w funkcjonowaniu z innymi. Tutaj podświadomość jest głęboko przekonana, że sam fakt naszego istnienia, samo to, że się w ogóle pojawiliśmy w cudzej przestrzeni – to już jest problemem.
Nie chodzi o to, jaki jesteś. Jesteś problemem tylko dlatego, że jesteś.
Niezwykle okrutny i bolesny program, a jednocześnie stanowiący fundament naszej osobowości i postrzegania siebie w świecie. Warto go przeafirmować sięgając po zdania tego typu „To cudownie/wspaniale/dobrze/miło/itp. że jestem/ że istnieję/że się urodziłem.”
Wszędzie, zarówno wśród obcych ludzi, jak w bliższych relacjach bardzo łatwo nam czuć się intruzem i niepożądanym, męczącym zjawiskiem, które tylko przeszkadza. Nie jest to przyjemne uczucie, więc żeby doświadczać go jak najmniej – zaczynamy ograniczać wszelkie nasze potrzeby do minimum, szczególnie te, których zaspokojenie wymaga tego, żeby coś dostać od świata zewnętrznego. A gdy już sięgamy do innych ludzi, często robimy to z poziomu tożsamości upierdliwego dziecka, które ZNOWU o coś płacze i jest straszliwie męczące – przynajmniej tak siebie postrzegamy i takie wrażenie robimy na swoim otoczeniu. To oczywiście nie sprzyja budowaniu zdrowych relacji, w których można poczuć się wartościowym, chcianym i zaspokojonym na luzie. Utykamy w przekonaniu, że jedyne co nam zostaje to wycofanie i rezygnacja ze swoich potrzeb, albo szarpanie się z ludźmi i pokazywanie im jakim niezaspokojonym, męczącym dzieckiem jesteśmy, co ich irytuje i wzbudza dużo niechęci.
Popadamy więc w spiralę ciągłego odrzucenia, która może rozwinąć się w różnych kierunkach. Możemy się bardziej skupić na wycofaniu, samotności i braku zaspokojenia, a możemy też wypracować niezdrowe mechanizmy wyszarpywania sobie tego, czego potrzebujemy od innych, a czego oni sami z siebie tak bardzo nam nie dają (np. manipulacja, dominacja, wzbudzanie litości, itp.).
Jako, że wzorce tego typu często stanowią fundament całej osobowości i naszych życiowych doświadczeń, wychodzenie z nich bywa żmudne, ciężkie i wymagające. Wiele tutaj zależy od naszej wrażliwości i tego, na ile nakręcaliśmy się w naszym cierpieniu czy udowadnialiśmy sobie, że to odrzucenie i niechęć świata jest najprawdziwszym, niezmienialnym scenariuszem.
Niezwykle ważnym krokiem będzie nie tylko zmienianie wyobrażeń i oczekiwań wobec świata i ludzi (tworzenie pozytywnych obrazów i uczuć, że możemy tutaj być chciani i kochani), ale przede wszystkim praca z poczuciem własnej wartości. Potrzebujemy dostrzec to, że niesiemy w sobie wiele dobra i wartości (zarówno już przejawianych, jak i potencjału do odkrycia), a nasza obecność czy istnienie mogą również wnosić wiele dobrego dla tego świata i innych ludzi.
Warto również sobie uświadomić jaka jest różnica między byciem realnym ciężarem (kiedy rzeczywiście się uwieszamy, wykorzystujemy, jesteśmy zachłanni, itd.), a urojonym, emocjonalnym wyobrażeniem o byciu ciężarem. Samo nasze istnienie i obecność nie są niczym złym, szczególnie że mamy ogrom przestrzeni i relacji, w których potencjalnie nie tylko nie przeszkadzamy nikomu swoim istnieniem, ale wręcz możemy sprawiać radość i przyjemność innym. Na pewno warto sobie odpuszczać przestrzenie (choćby była to nawet rodzina), gdzie zwyczajnie nie jesteśmy chciani i mile widziani. Nie warto walczyć o ludzi, którzy nas nie chcą, bo co jak co, ale akurat ludzi to na tym świecie nie brakuje. Zamiast marnować czas i pogłębiać ból odrzucenia, lepiej jest odpuścić i szukać innych relacji, aż znajdziemy swoje miejsce w tym świecie. A ono zawsze się znajdzie, tylko trzeba sobie pozwolić otworzyć zranione serce i wpuścić miłość do samego siebie :) Im więcej tej miłości, tym więcej mocy pozytywnych kreacji i prowadzenia ku tej części świata, która jest pozytywnie zainteresowana naszą osobą.
To wszystko wymaga jednak pozwolenia sobie na to, aby przekroczyć swoje własne cierpienie (które potrafi być przytłaczająco ogromne) i sięgnąć po miłość i inne dobra, których inni nam odmawiali. Nie pytając o zgodę, nie czekając na pozwolenie i aprobatę. Po prostu sami sobie nadajemy utraconą wartość i pozwalamy sięgać po miłość, ze świadomością, że jesteśmy u siebie w tym świecie i zdecydowanie są dla nas Boskie zasoby wszystkiego, co najlepsze :)



Komentarze są zamknięte.