Zwykła asertywność bywa wyzwaniem, natomiast asertywność w relacjach zależności, gdy wcześniej byliśmy przemocą tresowani do bezwzględnego posłuszeństwa – jest piekielnie trudna.
Sam wychowywałem się w takim domu. Mój ojciec był nieznoszącym sprzeciwu, narcystycznym tyranem, którego słowo było świętością i stanowiło nienaruszalne prawo. Do egzekwowania swojej woli nie używał przemocy fizycznej, lecz swoją przewagę jako „głowy rodziny” i jednostronnie nadanego sobie prawa do decydowania o każdym aspekcie istnienia pozostałych domowników. Jako zawzięty człowiek wyciągał konsekwencje z każdej niesubordynacji, nie odpuszczał dopóki nie postawił na swoim, a jednym z jego ulubionych tekstów było: „jak chcesz iść ze mną na wojnę to proszę bardzo, ale jej nie wygrasz”. I to hasło to nie były słowa rzucone na wiatr. Każdy sprzeciw bądź działanie, które uderzało w jego osobiste potrzeby i oczekiwania – wiązało się z nieadekwatnie silną reakcją odwetową w myśl zasady: „zniszcz mi krzesło, to spalę ci cały dom i zobaczymy, kto będzie górą”. Krzyk, mściwość, wykorzystywanie swojej przewagi jako rodzica wobec dziecka – wszystko to było w ciągłym użyciu. Za drugą czy trzecią trójkę w szkole (mówię o ocenach cząstkowych, a nie końcowych) dostawałem szlabany, nie jak inne dzieci na tydzień czy dwa, ale na cały semestr. Były takie lata, kiedy jedyne okresy, gdy nie miałem szlabanu na komputer to były wakacje, ferie i początki semestru do pierwszej wywiadówki. A byłem jednym z lepszych uczniów w klasie :D Raz jako starszy nastolatek coś pomarudziłem na temat pracy – 2 lata bez kieszonkowego. Generalnie starałem się być grzeczny i posłuszny, ale i tak ciągle miałem jakieś kary, opieprze i pretensje.
Oberwać można było za wszystko i nigdy nie było wiadomo, co będzie kolejnym pretekstem do wyżywania się. W takich warunkach, gdy jako dziecko czy nastolatek jesteś osobą całkowicie zależną (no nie wyprowadzisz się z domu, nie znajdziesz sobie innej rodziny) możesz odczuwać jedynie ogromną bezsilność i frustrację. Szybko uczysz się, że jedyną formą przetrwania jest bezwzględne dostosowanie się, ponieważ wszystko inne będzie wiązać się z dramatycznie zwiększonym poziomem bólu. To nie tak, że coś tam ci się oberwie, a potem się rozejdzie po kościach. Nie, jeden wyskok i masz długoterminowo, kompletnie przerąbane w jakiejś kwestii.
Pracując nad sobą, trochę trwało zanim odbudowałem jakieś tam fundamenty samooceny na tych zgliszczach złamanego człowieka. I na przestrzeni lat nauczyłem się takiej nawet nienajgorszej (choć też wybrakowanej) asertywności, ale w relacjach, w których nie ma silnej zależności. Krótko mówiąc – łatwo mi było być względnie asertywnym wobec ludzi, z którymi nie łączy mnie zbyt wiele. Jednak asertywność w relacjach, gdzie ta zależność występuje? Totalna beznadziejna. Im większa zależność i im bardziej było widać, że ktoś jest niezbyt skłonny do dyskusji, dominujący, agresywny, itp. tym większa pojawiała się we mnie potrzeba, aby tą osobę (wbrew własnym odczuciom) zagłaskać czy pasywnie się godzić na to, co mi rzuca, byleby tylko nie zrobiła mi piekła z życia. Paraliżujący lęk, który nie pozwalał stawać po swojej stronie. Albo inaczej – który sprawiał, że zagłaskiwanie i uległość wydawały się być staniem po swojej stronie – no bo walczę o przetrwanie i minimalizuje negatywne konsekwencje danej sytuacji.
Największym koszmarem zawsze była dla mnie perspektywa postawienia granicy, gdy wiedziałem, że druga strona nie zrozumie i nie zaakceptuje mojego postrzegania danej sprawy. Dla mojej podświadomości oznaczało to, że jeśli to zrobię, to na 100% mam całkowicie przerąbane, a to co mnie spotka będzie znacznie gorsze niż to, czego udało mi się uniknąć, gdy się na coś nie zgodziłem. Umysł podsyłał różne wizje dramatycznych scenariuszy, również całkowicie abstrakcyjnych, łącznie z tym, że ktoś mógłby mnie pobić, choć nigdy w życiu nikt mnie nie pobił. Tak jednak działa umysł zaszczutego dziecka. Zakładasz najgorsze, a potem się zastanawiasz czy przypadkiem nie może być jeszcze gorzej.
Podstawą do wyjścia z tych schematów jest przede wszystkim odbudowanie poczucia własnej wartości, a także poczucia niewinności i bezpieczeństwa. Chodzi o to, że potrzebny jest pakiet pewnych zasobów, bez których możemy nie być w stanie poradzić sobie z tym wyzwaniem. Im lepsza relacja ze sobą i im więcej pozytywnych uczuć odbudujemy, tym większa będzie w nas moc do zmian, jasność kierunku i siła do przekraczania ograniczeń. Nie musimy odbudować oczywiście wszystkiego, chodzi o to, żeby mieć jakiś tam fundament, adekwatny do naszych potrzeb przynajmniej w części.
Kolejnym istotnym aspektem jest uświadomienie sobie błędu założenia o naszej bezsilności. Ona najczęściej zbudowana jest na emocjach z dzieciństwa, gdy rzeczywiście byliśmy całkowicie zależni, słabi i podatni. Jako dorośli ludzie możemy wciąż się tak czuć, ale różnica jest taka, że mamy prawa i możliwości, których nie mieliśmy jako dzieci. Możemy samodzielnie decydować o swoim życiu, miejscu zamieszkania, pracy, relacjach, itd. Pewne zależności, które się wytworzyły, mogą nas ograniczać, ale one na ogół nie są niczym niezmiennym. Może być potrzebny czas i zasoby, aby te zależności zmienić czy urwać, ale jako dorośli ludzie mamy pewne środki i narzędzia – musimy tylko dać sobie prawo do skorzystania z nich.
Tutaj trzeba sobie uświadomić kluczową rzecz – nauczeni bezsilnością dziecka mamy głębokie przekonanie, że uległość oznacza najmniejszą dawkę bólu. I tak mogło być, gdy byliśmy dziećmi, które nie miały rzeczywiście innego wyjścia. Jednak w dorosłym życiu to się całkowicie zmienia i uległość staje się często najgorszym rozwiązaniem. Ona uczy nas i naszych oprawców, że to jest normalne i dopuszczalne, aby przekraczać nasze granice. Ba, nawet niektórzy mogą nie mieć wobec nas złych intencji, ale my swoją uległością możemy ich tak bardzo „zapraszać” do przekraczania nas, że oni szczerze nie będą mieli pojęcia, że robią nam jakąś krzywdę. Ugłaskiwanie i uległość wysyłają sygnały, które działają destrukcyjnie na nas i naszą samoocenę. Stawiają nas w roli ofiary, pachołka, niewolnika, popychadła, frajera, itd. – nie są to z pewnością miłe role.
Wychodzenie z utartych ról bywa też o tyle trudne, że dotychczasowi beneficjenci nierównych układów mogą czuć się oszukani, zdradzeni, wykorzystani. Jeśli tak bardzo uwierzyli, że im się należy to, co dostawali (a to zbudowała albo nasza postawa, w którą sami się wkładaliśmy albo oni nam narzucili, samodzielnie budując takie założenia), to oczywiście, że będą oburzeni i rozemocjonowani zmianami, które im „nagle”, „bez powodu”, „nienależnie” czy „bezczelnie” wprowadzamy. Pół biedy jeśli ktoś pasożytował na nas nie do końca świadomie i niekoniecznie agresywnie dominując – taka osoba może się szybko otrząsnąć albo nawet pod wpływem naszej asertywności zwyczajnie przyjąć nowy punkt widzenia. Wtedy jest w miarę komfortowo. W niektórych przypadkach jednak ktoś może znać i wykorzystywać nasze słabe punkty, walcząc o swoje do ostatniej kropli krwi. No i tutaj może być emocjonalnie i trudno, a sprawy nie ułatwia, że sami dopiero szukając zdrowych granic – jesteśmy jeszcze niepewni, nieugruntowani, w silnych emocjach i lęku. W takim stanie nie możemy od siebie oczekiwać, że sobie idealnie poradzimy. Może sami powiemy o kilka słów za dużo albo użyjemy jakiegoś argumentu kompletnie z czapy. Ważne jest to, aby naszych wpadek i słabości nie pozwolić wykorzystać przeciwko nam – należy pamiętać, że zawsze najważniejsze jest sedno problemu, a nie jakieś wątki poboczne, emocje, oceny i inne rzeczy, które mają odwrócić uwagę od tego, o co naprawdę nam chodzi. Jeśli ktoś podjada ci jedzenie z lodówki, a ty się nie chcesz na to godzić, to nie ma znaczenia, że w emocjach nazwałeś go złodziejem, że wcześniej byłeś niestanowczy, że kiedyś ta osoba pożyczyła ci książkę, że ona jest głodna, itd. Jedyne co się liczy to fakt, że to jest twoje jedzenie, nie chcesz się nim dzielić i tyle. Masz do tego pełne prawo i jeśli nie było między wami wcześniejszych ustaleń (obustronnych, a nie jednostronnie narzuconych!), które mówiłyby inaczej, nikt ci nie może wmawiać, jak masz decydować i czym masz się kierować dysponując swoją własnością.
Ważną rzeczą jakiej się też nauczyłem od pewnej bardzo mądrej osoby jest to, aby w rozmowach tego typu skupiać się przede wszystkim na faktach. Nie na emocjonalnych ocenach, chciejstwie, wchodzeniu komuś do głowy (na zasadzie – ja wiem co ty myślisz) i innych subiektywnych, ciężkich do weryfikacji (a więc i podatnych na manipulacje) słowach. Jeśli ktoś żąda od ciebie przysługi, ponieważ uważa, że robi dla ciebie bardzo dużo, a ty wcale nie uważasz, aby ta osoba rzeczywiście się dla ciebie jakkolwiek poświęcała, to poproś ją o podanie konkretnych przykładów. Niech wyjaśni co takiego robi, gdzie rzeczywiście ponosi realny koszt (czyli ona jednostronnie traci, a ty zyskujesz). Tu trzeba uważać, bo mogą się też pojawić subtelniejsze manipulacje. Może np. w przeszłości wyszedłeś z inicjatywą, aby stworzyć wspólnie pewien układ na którym oboje zyskiwaliście, a po czasie ta osoba może uznać za przysługę wobec ciebie, ponieważ zrobiła coś, „co ty chciałeś”, mimo że korzystała na tym w równym stopniu (a więc realnie nie było tam żadnego poświęcenia). Takich pułapek tego typu może być całe mnóstwo, dlatego tak ważne jest to, aby starać się zachować zimną krew i nie przyjmować emocjonalnych interpretacji (ani samemu ich nie tworzyć wobec drugiej strony), a skupić się na konkretnych argumentach i faktach. Jakie zasoby do kogo należą i dlaczego. Kto, co dla kogo robił i na jakich zasadach. Kto realnie zyskiwał, kto tracił. Kto, do czego jest zobowiązany i na jakiej podstawie. Czy ta podstawa jest sprawiedliwa, uzasadniona i słuszna? Czy obie strony miały pełną wolność decydowania o swojej części zasobów i odpowiedzialności za dany temat? Czy obie strony są traktowane na równi, z szacunkiem i prawem do własnych potrzeb i decyzji?
Stanie po swojej stronie bywa trudne w świecie agresji i manipulacji, ale jest nam tym bardziej potrzebne, aby właśnie możliwie jak najlepiej się odnaleźć w niesprzyjających okolicznościach, nie dając się im pożreć :)



Komentarze są zamknięte.