Poczucie życiowej stabilizacji na takim podstawowym, fundamentalnym poziomie jest ważnym czynnikiem dla naszego poczucia bezpieczeństwa. Przy czym nie chodzi tutaj o taką zewnętrzną, powierzchowną stabilizację, ponieważ możemy mieć dość dynamiczne życie, w którym nieustannie coś się zmienia (otoczenie, ludzie, praca, itd.), ale jednocześnie doświadczać stabilności, która wypływa z naszego wnętrza, dając nam grunt pod nogami gdziekolwiek byśmy nie byli.

Osoby, które wychowały się w mocno niestabilnych domach (np. skrajna bieda, alkoholizm, przemoc fizyczna lub psychiczna, toksyczni i/lub niedojrzali emocjonalnie rodzice) odczuwają w dorosłym życiu bardzo silną potrzebę budowania sobie bezpiecznego i stabilnego świata (choć niestety często będą kreować coś zupełnie odwrotnego, bo tylko to znają).

Jeśli wzorce autodestrukcji i sabotowania swojego życia nie są na tyle silne, aby zdominować ogólne trendy, to zazwyczaj bardziej się skupimy na budowaniu tego bezpiecznego, stabilnego świata. To może przybierać różne formy.

Osoby złamane, z niską samooceną będą przede wszystkim wchodzić w mechanizmy ucieczkowe, wycofując się ze wszystkiego, z czego wycofać się da, praktykując życiowy minimalizm. W końcu nie może cię skrzywdzić coś, czego po prostu nie ma w twoim życiu. Można więc zrezygnować z relacji, związków, zainteresowań i wielu innych rzeczy, które nie są niezbędne do zwykłego przetrwania. Tu oczywiście wyjątkiem będą te kwestie, odnośnie których mamy tak silne braki i ciągoty, że mimo lęków czy oporów nie chcemy sobie ich odpuszczać.

Osoby nieco bardziej otwarte, ambitne i nastawione na działanie mogą z kolei stawiać sobie duże cele i wiele realizować w swoim życiu, ale nie do końca w zdrowy sposób. Nie jest tutaj bowiem główną intencją to, aby pozwolić sobie na swobodne przejawianie siebie, ale budowanie sobie nieco hermetycznego świata, który ma być naszą bezpieczną przestrzenią. Wysokie zarobki nie służą temu, aby korzystać swobodnie z życia, ale mają nas zabezpieczyć przed biedą znaną z domu – a wtedy to wszystko idzie na dużym napięciu i bardziej gromadzeniu majątku niż korzystaniu z niego (on nie jest po to, aby się nim bawić, ale po to, aby leżał i nas osłaniał). Możemy tworzyć fajne relacje z ludźmi, ale zamykamy się w małym gronie najbliższych, aby nie musieć mieć do czynienia z całą resztą ludzkości, co też niepotrzebnie nas ogranicza i zamyka na wiele cudownych doświadczeń czy możliwości.

Niezależnie od formy tych wzorców, fundament jest ten sam – bardzo silna potrzeba ucieczki od emocji i doświadczeń znanych z przeszłości, prowadząca do usztywnionego tworzenia pozornie pozytywnej alternatywy dla tego. Bardzo łatwo wpaść w taką pułapkę, bo przecież dążąc do tego związku czy wysokich zarobków, pozornie wydaje się, że robimy dla siebie coś dobrego. W końcu chcemy dać sobie zaspokojenie naszych potrzeb i zadbać o siebie! I to by było rzeczywiście dobre, gdyby nie to, na jakim fundamencie jest to budowane. A ten fundament to często lęk, walka, desperacja, ogromne niezaspokojenie czy niezadowolenie.

Sam również wpadłem w tą pułapkę, więc wiem jak łatwo przykryć pewne rzeczy pod maską tych dobrych, korzystnych działań :) Wiele lat poświęciłem na budowanie pozornej stabilności, choć wydawało mi się, że właśnie w ten sposób dbam o siebie. I w pewnym stopniu dbałem, bo jak to w życiu bywa – nic nie jest zero-jedynkowe. Wiele dobrego rzeczywiście w tym było i wiele pozytywów z tego wyniknęło w moim życiu, ale równocześnie ta zgniła część fundamentu też sobie siedziała i sabotowała cały proces.

Jakaś część mnie pragnęła w tym wszystkim izolacji od świata i ludzi, co przebijało się do świadomości, ale mimo wszystko nic z tym za bardzo nie robiłem. Myślę, że ta skrzywdzona część mnie, to dziecko, które totalnie rozczarowało się zaburzonymi rodzicami i ich odrzuceniem, po prostu nie chciało mieć już do czynienia z ludźmi jako takimi. Nieco nieświadomie budowałem więc sobie świat w którym obecność innych była bardzo minimalna, a jednocześnie cierpiałem, pragnąc zbliżenia ze światem. Długo nie rozumiałem czemu ten świat mnie tak ciągle odrzuca, nie widząc jak bardzo sam jestem zamknięty i jaką postawę to generowało wobec innych.

A to mogło sobie swobodnie działać przez wiele lat właśnie dlatego, że budowałem swój „bezpieczny” świat, nieświadomie budując go w kształcie, który idealnie zgrywał się z tymi schematami. To, co miało być moją oazą wytchnienia i szczęścia, stało się pięknym więzieniem.

Dziś już rozumiem, że poczucie stabilności powinno wypływać z odpowiedniego stanu wnętrza, a nie starannie ulepionej pod siebie rzeczywistości wokół mnie. No i przede wszystkim stabilność ta nie powinna być sztywnym, kontrolowanym zjawiskiem, ale przejawem swobodnego, spontanicznego Boskiego przepływu. Powierzchownie stabilność może się nam kojarzyć właśnie z takim sztywnym, betonowym, trwałym, niezmienialnym czymś, ale tutaj nie chodzi o to, aby stworzyć coś i się tego kurczowo trzymać przez resztę życia. Życie jest zbyt bogate, aby w całości je spędzić wokół tego samego, raz zbudowanego doświadczenia. Pewne elementy będą z nami na dłużej, inne na krócej, a to czy będzie tak czy inaczej, powinno dziać się naturalnie, samoistnie, a nie wynikać z naszej sztywnej kontroli i odgórnych założeń.

Jeśli doświadczamy ugruntowania i stabilności w dostrojeniu do Boskich aspektów w nas samych to już to wystarczy, aby doświadczać realnej stabilności i bezpieczeństwa w naszym życiu. Po prostu wtedy wiemy, że cokolwiek by się nie działo i nie zmieniało – będzie dobrze i coraz lepiej :)

Komentarze są zamknięte.